sobota, 2 kwietnia 2011

odloty

Za dziesięć dni lecimy. Przypominam sobie jak to jest być w podróży, jak to jest nie pracować, jak to jest doświadczać innych światów, niż ten najlepiej znany, najczęściej się objawiający, ten co to go właściwie można nazwać codziennością. Zaglądam do notesu wypełnionego zapiskami z zeszłorocznych Indii. W notesie pełno szczegółów, które zwyczajnie wyliczone ołówkiem na kartce ożywiają wspomnienia. Jest kilka ciekawych blogów o podróżach do Indii, z pięknymi zdjęciami i detalicznym opisem podróżniczych przygód, więc całego notesu przepisywać nie będę. Uznałam jednak, że się tej wycieczce trochę miejsca tu należy.
Varanasi, miasto nad świętą Gangą:
"Idziemy też na miejsce rytualnych spaleń zmarłych. Płonie kilka stosów. Spalenie zwłok kosztuje około 10 rupii - płacić należy za drewno na około dwugodzinne ognisko. Uczęszczają tylko mężczyźni (i turyści oczywiście, obu płci). Widowisko-dziwowisko. Wszystko odbywa się wśród tysiąca innych zdarzeń. Czterech mężczyzn zanurza w Gangesie kolorowo ozdobione, zakryte zwłoki, rytualne oczyszczenie. Następnie kładą ciało na schodach do wyschnięcia i pełnego rozpalenia stosu. Wokół noszy łażą ludzie, krowy, psy i kozy. Ktoś tam odgania jedną, gdy próbuje skubnąć trochę materiału ze zmarłego. Psy są zaniepokojone, walczą na śmietniku, szczekają, dogryzają sobie, odgryzają się. Krowa sika ze stoickim spokojem. Nie czuję żadnej podniosłości chwili. Chyba są jacyś żałobnicy, przewodnik mówi, że bliscy zmarłego kręcą się po okolicy. Nie wiem jaki stan ducha towarzyszy facetom szwendającym się wokół ogniska. Rozglądają się na boki i po prostu są. Nie wiem, czy myślą o zmarłym, ciekawa jestem o czym myślą. Na twarzach maluje im się obojętność.
Płonący jogin nie wydawał nieprzyjemnego zapachu. Z ogniska wystawała jego głowa i stopy, choć był malutki. Ogniska dopalające się wzbudziły we mnie uczucie spokoju, oczyszczenia i akceptacji. Oto, co po nas zostanie (...)
Uciekłyśmy z Baśką do świątyni. Nie czuję się w świątyniach uduchowiona, nie czuję Boga w nich. Za to widziałam chłopca układającego liście i ascetę myjącego się wodą ze szlaucha. Wyglądało to absurdalnie. Siedziałyśmy i chwilę się temu wszystkiemu przyglądałyśmy. Chłopiec schował liście do reklamówki, więc czas było się zbierać. To była świątynia z wiecznym ogniem, z którego odpalane są stosy."


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz