Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bezpieczeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bezpieczeństwo. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 października 2010

z pogranicza

Właściwie, to fantazja jest od tego, żeby stwarzać sens. Świat nie zna granic, świat ich sam z siebie nie ma. Niepowtarzalność chwili i ta nieskończona, bezsensowna magma sposobów, na jakie przejawia się rzeczywistość jest nie do zniesienia. Na szczęście mam czas: dość precyzyjnie odmierzany punkt odniesienia, który pozwala mi określić, ile to jest chwila. Mam też poznaczone terytoria. Tu Polska, a tam Czechy, tu mój dom, a tam praca. Spaceruję we własnej przestrzeni, zaprojektowanej z myślą o tym, żeby stworzyć wrażenie powtarzalności zdarzeń. No i mam granicę psychologiczną. Oddzielam ja od nie ja, świat wewnętrzny od świata zewnętrznego. Na tej granicy żyję i doświadczam. Na niej tworzę relacje - ze światem i z innymi ludźmi, którzy też akurat postanowili podejść do płota. Do przetrwania w jako takim zdrowiu, potrzebuję wyobrażonych granic - czegoś sztucznego, zmyślonego i umownego. Wyznaczam je i stają się one strzeżonym obrazem rzeczywistości. Jest mi dobrze, gdy w tej rzeczywistości odnajduję spójność pomiędzy tym co czuję i tym co myślę. Wtedy delektuję się byciem w takiej właśnie przestrzeni i powtarzalnością gestów, smaków i sformułowań. Tak samo zachwycam się jesiennym światłem i tak samo lubię swoją drogę do pracy. Jednocześnie mogę się zmieniać, mogę zmieniać myślenie o świecie. Umiem zauważać, że granica opisująca jakiś wycinek rzeczywistości już do niej nie pasuje, bo doświadczyłam innego oblicza sprawy. Doceniam, że ktoś się stara, że coś jest inaczej. Jestem tam, gdzie chcę być i łatwiej mi się odnaleźć w tu i teraz.
A kiedy myśli i uczucia przestają współgrać, powtarzalność staje się koniecznością, pozwalającą zagłuszyć niepokój. Zmiana jawi się jako konieczna i niemożliwa zarazem, przemieszczam się powoli i z wysiłkiem. Szukam, ale nie chcę znaleźć.
Słuchać w takich chwilach myśli czy uczuć? A może przeczekać? W końcu zmiana jest nieunikniona.

Escher

niedziela, 26 września 2010

w stadzie

Na śniadanie małe kiełbaski pływające we własnym tłuszczu, na kolację kiełbaski większe, o takim samym smaku. Nie wszyscy mogą jeść – to z nerwów.  Centrum szkoleniowo-wypoczynkowe celników w Otwocku, osiemdziesięciu kliku ludzi z branży przyleciało na zlot. Znów dopada mnie widmo dynamiki dużej i małej grupy. Pracujemy  podzieleni na zespoły warsztatowe, powtarzamy, że mamy wspierać się w rozwoju ile sił. Organizatorzy dbają o poczucie bezpieczeństwa. I wszyscy bardzo pragniemy atmosfery wzajemnej życzliwości i troski. Wierzymy, że relacje międzytrenerskie mogą być pasmem niekończących się przyjaźni i wymiany uprzejmości. I po części tak jest, ale niestety, tylko po części.
Zapowiedzią minidramatu jest dopisanie dodatkowego punktu do kontraktu: Uśmiech. Przesadna dbałość o uśmiech – węszę grupowy, nieświadomy lęk przed rywalizacją, oceną i porażką. Ofiarą strachu przed konfrontacją z własnym poczuciem niekompetencji jest dama. Elegancka, piękna, niezwykle kompetentna osoba;  w obcasie i prawdziwej biżuterii. Jej wizerunek w sposób naturalny powinien uczynić ją liderką. Jednak nikt nie chce pozostać w tyle. Ludzie walczą na swoje argumenty, swoje ukończone szkoły, atuty i figury retoryczne. Nie uznamy dominacji, choć nie powiemy głośno, że jakakolwiek bitwa o pozycję trwa.  Każdy siedzący w kółku trener chce okazać się kompetentny, miły i wartościowy. Co dzieje się z damą ? Zjada ją trema i wszystko idzie nie po jej myśli. Została wyeliminowana z rozgrywki, która  toczy się pod skórą, niewypowiedziana i niepomyślana.  Rozumiem Adama Małysza,  kiedy oddaje słaby skok i nie dziwię się tej pani, że nie uniosła grupowego  wyzwania „pokaż co potrafisz”. Brałam w tym udział i jest mi przykro. Co gorsza, to się dzieje poza kontrolą. To robi grupa, chociaż działają ludzie.  Bo grupa to więcej, niż suma części, a przy najmniej taką mamy na jej temat fantazję.
Sama nieustannie doświadczam fluktuacji własnego poczucia kompetencji, zdolności, mądrości. Zdarza się, że w sprzyjających emocjonalnie warunkach bryluję. Zaraz potem instynkt węszy poczucie zagrożenia, ryzyko wystawienia się na publiczny blamaż wysuwa się na pierwszy plan, a popleczników brak. I wtedy znikam. Nie ma mnie , moje ego kurczy się jak grillowane mięso.
Jesteśmy dobrzy, pełni wiary, inicjatywy i życzliwości.  Każdy z nas ma w sobie przeciwieństwo tego wszystkiego. Pierwotne agresje i walki o przetrwanie samoczynnie uruchamiają się w stadzie, mimo że świadomość tego nie dopuszcza. I jak tu sobie ufać?


P.S. Dnia następnego na śniadanie naleśniki, parówki oraz pointegracyjny kac u części uczestników. Zrobiło się znacznie lżej, ludzie przestali jawić się jako zagrożenie, zaczęliśmy realizować sen o "dobrej robocie".  Ulga, satysfakcja, wspólnota i nowe możliwości. Tym razem grupa w roli hojnej karmicielki. Dobrze czasem zostać na drugi dzień i przytrzymać się konwencji. Dama odżyła.