Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacje. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 kwietnia 2012

Śniadanie u polskiego kelnera


Śniadanie w przestrzeni hotelowej na pierwszym piętrze. Mistrz ceremonii  żwawo, w podskokach zbliża się do nowo przybyłych postaci z jakimś miłym gestem:  powitaniem, gazetą, propozycją kawy. Krótka wymiana zdań,  przyjacielska rozmowa - jak się masz? – pyta kelner z obcym akcentem - do kiedy w Limerick? a gdzie potem? O! tam! Tam jest bardzo pięknie – zatoka i zachody słońca. Enjoy! W międzyczasie przemieszczają się razem  do stolika, kelner pomaga klientowi wygodnie się rozsiąść i przyjmuje zamówienie. Goście zachowują się, jakby cała przestrzeń śniadaniowa należała do nich, jakby mieli udziały we własności hotelu i jakby jedli tutaj od lat. Obsługa wydarzenia dzielnie wspiera ich nienachlaną i dystyngowaną  pewność siebie,  oczekując  w zamian naturalnej i adekwatnej reakcji na następujące szybko po sobie fragmenty  scenariusza. Odbywa się to zgodnie z rytmem wyznaczonym przez  biznesowy charakter miejsca. Wszyscyśmy tu w interesach.
Zaspana i nieuczesana zjawiam się pośród kwitnących storczyków i zapachu kawy. Stawiam powolne, niepewne kroki i prawie zaplątuję się w dywan, przemierzając drogę od drzwi.  Nie mogę zdecydować, przy którym zasiąść stoliku i czy wolę przodem czy tyłem do okna. Pytanie how are you? budzi we mnie zadumę i refleksję nad klimatem poranka. Kiedy jem suchy i przyklapnięty omlet, przypomina mi się puszysty omlet z szynką,przyrządzony przez tatę, jak byliśmy mali. Nagle słyszę mój ojczysty język, którym kelner i kelnerka wymieniają uwagi na jakiś nie związany z pracą temat. No i teraz to już niezdecydowanie przybiera rozmiary, które stawiają pod znakiem zapytania każdy mój ruch. Gra tak precyzyjnie zaplanowana, role porozdzielane, zażyłość między gośćmi a obsługą uzgodniona zwyczajem: wszystko zostaje wystawione na poważną próbę. Rodak spotkał rodaka w mieście, które podobno spodobało się Wisławie Szymborskiej. W mieście, od nazwy którego pochodzi określenie krótkiej humorystycznej formy poetyckiej, ulubionej przez Noblistkę. Jeden rodak siedzi, drugi podaje kawę. Zacząć  porozumiewać się po polsku, czy kontynuować po angielsku? Zagadać towarzysko, czy po prostu powiedzieć cześć? Mówię „dziękuję bardzo”, kiedy kelnerka zabiera talerz. Odzywa się po angielsku i pyta „Are you from Poland?”. Załamuję się w duchu  i odpowiadam skinieniem głowy. Bardziej się najadam doświadczeniem tego dziwnego poranka, niż śniadaniem. Potem się okazuje, że to był również przedsmak podróży po kraju pełnym Polaka. Polaka, którego rozpoznaję z dużej odległości, ale z którym z bliska jakoś nie umiem się dogadać.


sobota, 25 czerwca 2011

Byłam w Rio

Nic ciekawego. Nie słychać u mnie nic, poza tym co zwykle. Trochę poczytałam, popracowałam, poleżałam. Zbieram się do kolejnej pracy, w międzyczasie zjem coś i wypiję. Dym z papierosa mnie denerwuje i kusi jednocześnie. Mijam kiosk i przypominam sobie tego pana, który wspiera narkomanów, chcących powstrzymać się od kupienia działki. Dzwonią do niego już na dworcu będąc, dilera oglądając, a on im mówi: 5 minut. Twoim zadaniem jest nie kupić jej przez 5 minut. Po godzinie osoba taka naliczyła 12 sukcesów. Wszystko się zgadza: zmiana polega na przeformułowaniach i odbywa się na mikropoziomie. Najdonioślejsze zmiany zachodzą w maleńkiej skali. Inne po prostu nie zachodzą.
Żarcie w knajpie mnie obrzydza, ale niech będzie. Tęsknoty mną targają, ale tylko przez chwilę. Na kolejnych piętrach życiowej spirali zataczam przepiękne, regularne zakręty. Narysowałam spiralę w monografii o rozwoju, a potem się okazało, że w Maroko, wśród ludowych znaczków - symboli ochrony przed złym spojrzeniem, harmonii, płodności i klucza do skomplikowanych ludzi - jest taka sama. Spirala życia.
Znowu się czegoś o sobie dowiedziałam. Kolejna koncepcja wydała się podejrzanie spójna, użyteczna i pociągająca. Moją pasją jest człowiek. Jestem swoją pasją. Hojna jestem i pracuję sobą, jak każdy szanujący się pasjonata.
Wszystko, co dzieje się u mnie jest takie ciekawe. Ciągle coś nowego, nowe spojrzenia, radości i spełnienia. Nowe pomysły i plany. Rozmowy, wyzwania i spotkania. Zajęcia ze studentami prowadzę wyłącznie z rzeczy, które mnie interesują. Wierzę w to, co mówię. Lubię zaglądać pod powierzchnię. Znam się na tym i będę się znać jeszcze lepiej. Najbardziej doceniam bliskie mi osoby, za to, że są dobre, uważne, zabawne i chcą być.
Od tygodnia polecam Analizę Transakcyjną. Można zobaczyć, w jakie się wchodzi schematy relacyjne i zależności, jakie się komunikuje zaproszenia do gier i jakie się pozycje życiowe przyjmuje w sytuacjach kryzysowych. Stamtąd to już tylko krok od wchodzenia w jakieś inne schematy. Z kolejnego piętra rzecz jasna.
Analiza Transakcyjna

Varanasi















Nie byłam w Rio

poniedziałek, 30 maja 2011

Surrealizm część II lub najdroższy obraz świata

obsesja
tajemnica
smutek
urok
religia
obiekt
dopełnienie
więzienie
wolność
wybór
pierwsze wejrzenie
dojrzałość
potrzeby
chłód
brak
dzieciństwo
rytm
euforia

Trzy opozycje miłości wg psychoanalizy:
1. miłość dziecięca - miłość dojrzała. Kocha się z pobudek infantylnych, a jednocześnie z dojrzałych potrzeb ludzi dorosłych. Miesza się w miłości realność z fantazją i przenoszeniem do teraźniejszości obrazów relacji z dzieciństwa.
2. miłość - nienawiść. "Miłość pozostaje zawsze w dynamicznej równowadze ze swoją antytezą". Ambiwalencja jest w relacji niezbędnie potrzebna.
3. miłość narcystyczna - miłość do obiektu. Związek, żeby go można było nazwać zdrowym powinien być pod pewnymi względami frustrujący. Narcyz tego, jak żadnej innej ambiwalencji, znieść nie może. Trwała relacja potrzebuje zatem równoważyć miłość własną miłością do obiektu.
We wszystkich powyższych rozchodzi się o proporcje, które sprawiają, że każdy ma inaczej i że coś (czyli miłość) jest mniej lub bardziej narażone na zupełne popsucie. Większa podatność na popsucie = za dużo miłości dziecięcej (czyli miłowania fantazji) + za dużo narcystycznej (czyli miłowania siebie) + za mało antytezy (czyli zgody na frustrację). Mamy tu jak widać do czynienia z naukami ścisłymi: chemią, matematyką i fizyką.

cytat i w ogóle przytoczenie: Piotr Drozdowski
surrealizm część I

sobota, 25 grudnia 2010

Empatia

Kevin sam w domu przypomina ludziom o jednej bardzo istotnej kwestii - powiedział pan w Polsacie - że mianowicie niezwykle ważne jest, aby ludzie w Święta byli razem. Każda rodzina chce - kontynuował - aby w Święta wszystko odbywało się zgodnie ze znaną tradycją, aby nie wydarzało się nic trudnego i niezapowiedzianego. Jednym z symboli niezmienności jest emitowanie w telewizji Kevina.
Nie ma się co dziwić - skoro od dobrych kliku dni nieustannie składamy sobie wzajemnie jakieś życzenia - oddycham atmosferą myślenia życzeniowego. Żeby wszystko było dobrze, żeby było wesoło, rodzinnie. Co zrobić, gdy żadną miarą akurat teraz nie może być wesoło? Świat ma ciemną i jasną stronę, życie ma, ja mam i Święta też. Są osoby, którym od wielu lat Święta kojarzą się z przyjmowaniem życzeń ze zdławionym gardłem i z mechanicznym kiwaniem głową na słowa "wszystko będzie dobrze". Są tacy, którym w okołoswiątecznym czasie wydarzyły się tragedie odwołujące wigilijne uroczystości. W powtarzanych rytmicznie zaklęciach Wesołych Świąt wyczuwam niepokój i chęć oddalenia na te kilka chwil wszelkich trosk. Potrzebuję życzeń, proszę o życzenia, życzę. Bywają one jednak nie na miejscu.  Mogą ranić, zamiast pocieszać, gdy pojawiają się w zamian za potrzebną w danej chwili empatyczną reakcję na fakt, że mimo atmosfery ciepła i zapachu pierników, nastroju świątecznego brak.
W Święta życzy się czasami refleksji i zadumy. Moja refleksja podąża tym razem w kierunku nierównej dystrybucji dóbr i wartościowych relacji na świecie. Pozwalam jej wybrzmieć, niech się wyszumi.


Stanisław Barańczak

Drogi kąciku porad

1.
Drogi kąciku porad, choć z natury
spokojny, wpadam wciąż w depresję, widząc
krew. Późny wieczór, włączam telewizor:
znów akt terroru, trupy dzieci. (KTÓRY
Z NAS, TELEWIDZÓW, NIE ZNA TAKICH ZGRYZOT!/)
Snu! (LECZ NIE NASZĄ JEST WINĄ PONURY
I KRWAWY/ BIEG SPRAW ŚWIATA.) Po raz wtóry:
Chcę spać! (WYSTARCZY SPOKÓJ, KILKA WIZYT /
U TERAPEUTY.) Wieczna bieganina
sanitariuszy, dym z ruin, kobiety
załamujące ręce: czy świat zapomina
o nas, niewinnych, których nie ciekawi
zło? W rezultacie dręczy mnie, niestety,
bezsenność. (WIĘCEJ SPACERÓW, MNIEJ KAWY.)

2.
Drogi słowniku doktryn filozofów,
proszę o pomoc, bo tracę apetyt,
Gdy przy śniadaniu w twarz skacze z gazety
kościsty głód. (I ZNOWU CZŁOWIEK, ZNOWU
Z PROBLEMEM!) Wynajdź mi system. (KONKRETY /
CZYICHŚ TRYWIALNYCH POTRZEB TO NIE POWÓD,
ABY / PRZYMNAŻAĆ WIAR WŁASNEGO CHOWU.)
Kto mi przywróci spokój? (Z DAWNYCH ETYK - /
STOICYZM.) Jak mam przełknąć bezsens nieszczęść?
Nie mogę jeść, gdy znów na zdjęciu człowiek
irracjonalnie zdycha. Zdrowie jeszcze
stracę, jeżeli nie znajdę zasady
w tej miazdze. Odsłoń mi więcej, choć słowem,
mów. (NA COŚ WIĘCEJ CZŁOWIEK JEST ZA SŁABY.)

3.
Drogie niebiosa, nie śmiem pytać. (PYTAJ
I NIE MIEJ OBAW.) Jak spytać pustkowie
o własną pustkę? (NA WSZYSTKO ODPOWIEM,/
CHOĆ NIE USŁYSZYSZ ANI SŁOWA.) Ty tam
w górze, jakkolwiek mam Cię zwać, jakkolwiek
uprościć, pozwól, niech z czegoś odczytam
znak. (TYLKO STUK / WŁASNEGO SERCA.) Rytmem
serca więc, tchu i mrugających powiek
mów mi, co chwilę, że jestem, że jesteś.
(JESTEM.) Nie słyszę. (NIE MA MNIE PRZY TOBIE,/
BO JESTEM WSZĘDZIE.) I przez całą przestrzeń
swoich galaktyk, wirów, mlecznych smug
śledzisz ten okruch snu, wprawiony w obieg,
sam? (BÓG JEST TAKŻE SAM.) Bóg też? (TAK, BÓG.)

sobota, 4 grudnia 2010

surrealizm

fantazja
czary
racjonalizacja
czas
prokreacja
wojna
zrozumienie
identyfikacja projekcyjna*
pokój
szacunek
zaprzeczenie
upewnienie
koluzja**
przywiązanie
współprzeżywanie


* Psychologiczna obrona przed niechcianymi uczuciami lub fantazjami i rodzaj relacji międzyludzkiej. Mechanizm obronny polegający na lokowaniu w drugiej osobie trudnych do zniesienia zawartości własnego umysłu. <<łatwiej odczuwać litość do drugiej osoby, niż przeżywać własny smutek>>. Gdy reakcją osoby, na którą projektowane są uczucia jest przyjęcie i przeżywanie ich, dochodzi do **koluzji: milczącego porozumienia, na mocy którego znaczenie oryginalnych niechcianych uczuć lub fantazji zostaje wzmocnione, a funkcje obronne dla osoby projektującej zachowane.

surrealizm część II

sobota, 13 listopada 2010

Frywolitki przy kubraczku

Sova zabrała mnie dzisiaj na wystawę. W opuszczonym przez zwiedzających muzeum, przy kolorowej ladzie w podłużne paski siedział pan (informacja), stała pani (sprzedaż biletów) i siedziały jeszcze dwie panie (kustoszki?). Od dotknięcia klamki w kształcie ryby stało się jasne, że wchodzimy do prawdziwej świątyni przedmiotów. Islam. Orientacja. Ornament. To przyszłyśmy oglądać. Nadspodziewanie zaintrygowały mnie  teksty wyklejone złotymi literkami przy eksponatach.
Oswajanie pustki poprzez tworzenie nieskończonych wzorów:
"Arabeska to wzór bez początku i końca (...). Z czasem stała się symbolem islamskiego ornamentu, w którym dominowała tendencja do pokrywania nim jak największych połaci przedmiotu. Swoiste horror vacui wyrażało nie tylko tendencje estetyczne, ale także ciążący na wyznawcach islamu "strach przed pustką",  jako obszarem nieokiełznanym, podatnym na działanie złych sił (...)."
Magiczna trójka, piękne połączenie: "Trzy to trójkąt, symbol człowieka, świadomości i zasady harmonii".
Najbardziej ujęła mnie gablota z szeregiem małych, niekształtnych, niebieskich buteleczek i naczynek. Poetycki tekst przy nich komentował, że choć niedoskonałe, jasno wyrażają dążenie do piękna, doskonałości i szczęścia.
Całe to miejsce przesiąknięte było potrzebą ogarnięcia świata, zrozumienia i znalezienia porządku  rzeczywistości. Potem w rozmowie znalazłyśmy z Sovą kilka porządków, w jakie układają się nasze sprawy i było to pokrzepiające,  jak grawerowanie w niekończące się wzory flaszeczki do skrapiania powietrza wodą różaną.

piątek, 29 października 2010

z pogranicza

Właściwie, to fantazja jest od tego, żeby stwarzać sens. Świat nie zna granic, świat ich sam z siebie nie ma. Niepowtarzalność chwili i ta nieskończona, bezsensowna magma sposobów, na jakie przejawia się rzeczywistość jest nie do zniesienia. Na szczęście mam czas: dość precyzyjnie odmierzany punkt odniesienia, który pozwala mi określić, ile to jest chwila. Mam też poznaczone terytoria. Tu Polska, a tam Czechy, tu mój dom, a tam praca. Spaceruję we własnej przestrzeni, zaprojektowanej z myślą o tym, żeby stworzyć wrażenie powtarzalności zdarzeń. No i mam granicę psychologiczną. Oddzielam ja od nie ja, świat wewnętrzny od świata zewnętrznego. Na tej granicy żyję i doświadczam. Na niej tworzę relacje - ze światem i z innymi ludźmi, którzy też akurat postanowili podejść do płota. Do przetrwania w jako takim zdrowiu, potrzebuję wyobrażonych granic - czegoś sztucznego, zmyślonego i umownego. Wyznaczam je i stają się one strzeżonym obrazem rzeczywistości. Jest mi dobrze, gdy w tej rzeczywistości odnajduję spójność pomiędzy tym co czuję i tym co myślę. Wtedy delektuję się byciem w takiej właśnie przestrzeni i powtarzalnością gestów, smaków i sformułowań. Tak samo zachwycam się jesiennym światłem i tak samo lubię swoją drogę do pracy. Jednocześnie mogę się zmieniać, mogę zmieniać myślenie o świecie. Umiem zauważać, że granica opisująca jakiś wycinek rzeczywistości już do niej nie pasuje, bo doświadczyłam innego oblicza sprawy. Doceniam, że ktoś się stara, że coś jest inaczej. Jestem tam, gdzie chcę być i łatwiej mi się odnaleźć w tu i teraz.
A kiedy myśli i uczucia przestają współgrać, powtarzalność staje się koniecznością, pozwalającą zagłuszyć niepokój. Zmiana jawi się jako konieczna i niemożliwa zarazem, przemieszczam się powoli i z wysiłkiem. Szukam, ale nie chcę znaleźć.
Słuchać w takich chwilach myśli czy uczuć? A może przeczekać? W końcu zmiana jest nieunikniona.

Escher

piątek, 15 października 2010

ukłony i podskoki
















Bolą mnie mięśnie wzdłuż kręgosłupa i bicepsy od siłowania się z koleżankami i kolegami. Według bezsłownie ustalonych reguł, z pełnym szacunkiem i uważnością na przeciwnika, bawiliśmy się w walkę. Nie byliśmy wrogami i nie mieliśmy o co się bić. Niechętnie wychodziliśmy na ring. Ale kiedy już na nim stawaliśmy, okazywało się, że każde z nas potrafi przy najmniej połaskotać. I że w próbach okazywania fizycznej siły śmiało można się zapamiętać.
Coś w nas wstąpiło. Coś we mnie wstąpiło. Nie dałam temu jednak pełnego wyrazu - chciałam być miła. Perspektywa pokonania kogoś w boju, powstrzymywała mnie od wykonywania gwałtownych ruchów. Wygrać - to tak łatwo powiedzieć!
Myślałam, że walka to przede wszystkim pokonywanie wroga i kiedy się już ją podejmie, trzeba skakać do gardła komukolwiek, kto się napatoczy. Od wczoraj to dla mnie bardziej stawanie we własnym imieniu. Robienie tylu kroków naprzód, ile trzeba, aby przeciwważyć ruchy, które ściągają do tyłu lub w dół. Usilne dążenie i wyraz odwagi. Przy okazji otwarty udział w rywalizacji i prezentacja którejś z własnych mocy. Różne ta rywalizacja może przybierać formy, ale najfajniej jest wtedy, gdy wszyscy zainteresowani potrafią przyznać, że ona istnieje. Bo konfrontacja może być formą otwartości i szczerości. Dzięki niej rozluźnia mi się twarz - czuję, że jestem z ludźmi bardziej, bezpośrednio i chętniej.





niedziela, 26 września 2010

w stadzie

Na śniadanie małe kiełbaski pływające we własnym tłuszczu, na kolację kiełbaski większe, o takim samym smaku. Nie wszyscy mogą jeść – to z nerwów.  Centrum szkoleniowo-wypoczynkowe celników w Otwocku, osiemdziesięciu kliku ludzi z branży przyleciało na zlot. Znów dopada mnie widmo dynamiki dużej i małej grupy. Pracujemy  podzieleni na zespoły warsztatowe, powtarzamy, że mamy wspierać się w rozwoju ile sił. Organizatorzy dbają o poczucie bezpieczeństwa. I wszyscy bardzo pragniemy atmosfery wzajemnej życzliwości i troski. Wierzymy, że relacje międzytrenerskie mogą być pasmem niekończących się przyjaźni i wymiany uprzejmości. I po części tak jest, ale niestety, tylko po części.
Zapowiedzią minidramatu jest dopisanie dodatkowego punktu do kontraktu: Uśmiech. Przesadna dbałość o uśmiech – węszę grupowy, nieświadomy lęk przed rywalizacją, oceną i porażką. Ofiarą strachu przed konfrontacją z własnym poczuciem niekompetencji jest dama. Elegancka, piękna, niezwykle kompetentna osoba;  w obcasie i prawdziwej biżuterii. Jej wizerunek w sposób naturalny powinien uczynić ją liderką. Jednak nikt nie chce pozostać w tyle. Ludzie walczą na swoje argumenty, swoje ukończone szkoły, atuty i figury retoryczne. Nie uznamy dominacji, choć nie powiemy głośno, że jakakolwiek bitwa o pozycję trwa.  Każdy siedzący w kółku trener chce okazać się kompetentny, miły i wartościowy. Co dzieje się z damą ? Zjada ją trema i wszystko idzie nie po jej myśli. Została wyeliminowana z rozgrywki, która  toczy się pod skórą, niewypowiedziana i niepomyślana.  Rozumiem Adama Małysza,  kiedy oddaje słaby skok i nie dziwię się tej pani, że nie uniosła grupowego  wyzwania „pokaż co potrafisz”. Brałam w tym udział i jest mi przykro. Co gorsza, to się dzieje poza kontrolą. To robi grupa, chociaż działają ludzie.  Bo grupa to więcej, niż suma części, a przy najmniej taką mamy na jej temat fantazję.
Sama nieustannie doświadczam fluktuacji własnego poczucia kompetencji, zdolności, mądrości. Zdarza się, że w sprzyjających emocjonalnie warunkach bryluję. Zaraz potem instynkt węszy poczucie zagrożenia, ryzyko wystawienia się na publiczny blamaż wysuwa się na pierwszy plan, a popleczników brak. I wtedy znikam. Nie ma mnie , moje ego kurczy się jak grillowane mięso.
Jesteśmy dobrzy, pełni wiary, inicjatywy i życzliwości.  Każdy z nas ma w sobie przeciwieństwo tego wszystkiego. Pierwotne agresje i walki o przetrwanie samoczynnie uruchamiają się w stadzie, mimo że świadomość tego nie dopuszcza. I jak tu sobie ufać?


P.S. Dnia następnego na śniadanie naleśniki, parówki oraz pointegracyjny kac u części uczestników. Zrobiło się znacznie lżej, ludzie przestali jawić się jako zagrożenie, zaczęliśmy realizować sen o "dobrej robocie".  Ulga, satysfakcja, wspólnota i nowe możliwości. Tym razem grupa w roli hojnej karmicielki. Dobrze czasem zostać na drugi dzień i przytrzymać się konwencji. Dama odżyła.

sobota, 18 września 2010

Flavour of change?

Jedna z krótkich dróg do emocji wiedzie przez nos. Wchodzę do pustego pokoju wypełnionego zapachem mieszkającym ze mną od lat. Doczepiony do człowieka obecny jest w tle. Kiedy człowiek znika ze wspólnej przestrzeni, zapach panoszy się, aż nogi miękną. Wdycham natychmiastowe wspomnienie całej zbudowanej wspólnie scenerii, która właśnie stała się kolejnym doświadczeniem w galerii eksponatów z przeszłości. Wzruszam się - nie pierwszy raz -  przez nos.  A potem idę dalej, do spraw i sprawek, gier i zabaw w życie. Bo wszystko jest dokładnie tak, jak ma być. I ustanawiają się nowe scenerie, których urok jest do wzięcia tylko tu i teraz. Nie jutro i nie wczoraj.
Eksponaty w galerii żyją i wydzielają więcej niż zapach. Zasilają i stwarzają mnie poprzez wszystkie konstatacje i przeżycia, które były ich udziałem. Jestem poniekąd z ludzi, z którymi wspólnie stwarzamy scenerie. I oni są ze mnie. I jest nas trochę.

sobota, 11 września 2010

ego to my i nie my

Aromatyczna chwila nad filiżanką kawy wypełniła kuchnię i łatwo było celebrować ją dla niej samej.
Innym razem w głowie pijącego pojawiły się dwie możliwości: mówić do siebie lub nie mówić wcale. A za tymi możliwościami myśl: lepiej jest być z ludźmi - kawa smaczniejsza, słońce cieplejsze.
Człowiek jest istotą grupową. Jego tożsamość powstaje w relacji do innych osób. Jego Ja jest czymś lub kimś w nieustannej dyskusji z ważnymi życiowymi obiektami. Nawet, gdy jest sam, gada do grupy, w której przed chwilą był lub do której właśnie się wybiera. Mnich buddyjski pewnie nie chciałby się zastanawiać nad tym, w relacji do kogo został mnichem, ponieważ on chce zgubić i rozpuścić swoje Ja. Z drugiej strony rozpuszcza je, aby stać się nareszcie częścią jednej wielkiej całości, więc swoją medytacją potwierdza, że w zaraniu jesteśmy wszyscy pięknie połączeni. Połączenie to uzasadnia dążenia do dwóch różnych Nirvan: przestać czuć jako Ja, stać się całością lub czuć jako Ja integrujące swoje poszczególne kawałki, powstałe w relacji do świata i być w zgodzie z tym, kim się jest.
Siedząc więc przy filiżance kawy zastanawiam się, na jakiej podstawie budujemy realne relacje z ludźmi - przyjaźnie, związki, znajomości. Co dzięki nim zyskujemy? Co dajemy? Pewnie z ogólnego stwierdzenia: trzy rzeczy - tworzenie/przetwarzanie obrazu siebie, wspólne przeżywanie świata i spełnianie emocjonalnych potrzeb, niewiele wynika. Ale już szczegółowa i indywidualna odpowiedź na te pytania może być niezwykle odkrywcza. Byle się w nią nie zapaść, dystans wskazany.

niedziela, 22 sierpnia 2010

Samo poczucie

Nie wiedzieć czemu, stado gapiących się baranów na polanie to widok zachwycający. Idziemy z Baśką wzgórzem, z którego patrzymy na słońce i na księżyc, na Jaworzynę i na wieś. Żmije w wysokich trawach śpią. Nawdychałam się natury i napatrzyłam w ogień kominka. Nagadałam się, że nie pamiętam, kiedy tak. Wspólne poszukiwanie sensu i rozumienia w rozmowie to jest wartość międzyludzka największa dla mnie. Życiowe historie, bliscy, fantazje. Tysiące wspomnień i mnóstwo głupich żartów. Trochę się stałyśmy starsze i mądrzejsze, trochę pobyłyśmy dzieciakami. Dzień na wsi, a tyle atrakcji. Miasto, masówa, mizeria. Wieś, wolność, wakacje. Takie mam chwilowe rozrzewnienie mieszczucha, który w polu nie robił i mu się sielanki zachciewa. Jutro mi przejdzie, choć pies, co się nas uczepił na spacerze, wozy pełne siana, śpiew natury i chłód wody z potoku, głowę mi zasiedliły na czas jakiś.